6

Żółty i błękitny płomień złączyły się w jedno. Pomieszczenie wypełniło się jasnym światłem, a gdy światło to zniknęło na podłodze leżała dziewczyna w żółto-niebieskiej sukience. Była bosa, jej włosy w kolorze złota oraz błękitu rozpuszczone i rozrzucone w nieładzie, a nieopodal leżał wianek z białej koniczyny.
 - Lizbeth! - zawołali Bill i Will jednocześnie, a ich siostra otworzyła oczy i usiadła bardzo powoli.
 - Co się stało? - spytała rozglądając się dookoła. Jej bracia milczeli. Zdziwieni wpatrywali się w dłonie młodszej siostry, które spowite były zielonym płomieniem. Ich zdziwienie wynikało z faktu, że wszyscy mieszkańcy Wymiaru Snów i Koszmarów mieli błękitny lub żółty płomień (ewentualnie pomarańczowy). Zielonego nie miał nikt prócz ich siostry. To było po prostu dziwne. Ale nie oszukujmy się... sama Lizbeth była zwyczajnie dziwna.
 - T-twoje dłonie, siostro - wyszeptał Will. Panna Cipher spojrzała na nie i aż krzyknęła.
 - Zniknij! Zniknij! Zniknij...! - powtarzała zaciskając i rozluźniając dłonie. W końcu spowijająca je zieleń zniknęła. Dopiero wtedy bliźniacy odważyli się podejść do najmłodszego członka rodziny Cipher.
 - Zielony? - spytał Bill. - Ale dlaczego zielony?
 - Lily miała błękitny, a Lizzie żółty, prawda? - odezwał się Dipper Gleeful.
 - I co z tego? - zdziwiła się Lizbeth.
 - Lily i Lizzie powstały z ciebie. A jeśli połączymy niebieski z żółtym to powstanie zielony - wytłumaczył cierpliwie szatyn, a dziewczyna pokiwała głową i spuściła wzrok na swoje palce. Po chwili jej bracia wpadli na jakże genialny pomysł zrobienia siostrze warkoczy i ochoczo zabrali się do pracy.
 - Heh! I znowu jestem inna niż wszyscy - westchnęła Lizbeth, gdy jej dłonie znowu spowiła zieleń. - Czy tak będzie teraz przez cały czas?!
 - Skup się, Liz - mruknął Will, a Bill pokiwał głową. Ich siostra posłuchała tych słów i po kilku minutach płomienie zniknęły. 
Time skip:
Minęło kilka dni. Stanford Gleeful i jego bratanek próbowali ożywić Lilyanne i Elizabeth, ale nie mieli pomysłu skąd wziąć odpowiednie dla dziewcząt ciała. W końcu mieli tylko dwie łzy ze wspomnieniami, a zostali poproszeni o przywrócenie bliźniaczek natomiast Lizbeth całe dnie spędzała z braćmi starając się opanować swoją moc. Średnio jej to wychodziło, ale się nie poddawała.
 - Bez sensu! - krzyknęła, gdy po pół godzinie intensywnych ćwiczeń w ogrodzie udało jej się tylko podpalić trawę (na szczęście Will szybko ugasił mały pożar).
 - To wcale nie jest bez sensu, Lizbeth. Uda ci się. Może nie od razu, ale ja i Will też nie nauczyliśmy się tego w jeden dzień - powiedział Bill, a jego bliźniak się zaśmiał.
 - Dobrze to pamiętam. Zwłaszcza dzień kiedy "przez przypadek" podpaliłeś nasz pokój, bo wtedy mieliśmy wspólny - zachichotał Will.
 - Poważnie? - Lizbeth spojrzała na blondyna i zaczęła się śmiać na widok jego miny.
 - Niczego nie żałuję! - zawołał Bill krzyżując ramiona na piersi, ale po chwili również zwijał się ze śmiechu. Rodzeństwo w świetnych humorach wróciło do domu. Zjedli podwieczorek i wrócili do sprawy jaką było opanowanie przez Lizbeth tych choler... to jest płomieni mocy. Dziewczyna starała się tego nie ujawniać, ale zielone płomyki spowijające jej dłonie w najmniej odpowiednich momentach strasznie ją irytowały. Usiadła w ogrodzie i skupiła się na przywołaniu swoich mocy. Wyobraziła sobie, że jej dłonie oplatają zielone płomyczki. Po chwili usłyszała chrząknięcia swoich braci i otworzyła oczy.
 - Hura! Udało się! Nareszcie! - zawołała wyrzucając ręce w górę. Niestety... Pech chciał, że los ponownie z niej zadrwił i Will musiał tym razem gasić płonące drzewa.
 - Eee... Może skończmy na dzisiaj? Co ty na to, Lizbeth? Już i tak dużo osiągnęłaś - zauważył ostrożnie Bill, a dziewczyna pokiwała głową i cała trójka udała się do domu.

Komentarze

Popularne posty